Fatum i Furia. Lotto i Mathilde. Poznali się i niemal natychmiast pobrali. Oboje piękni i młodzi. Oboje odtrąceni przez matki. Oboje spragnieni bliskości i miłości. On, czarujący i pewny siebie. Mimo uroku i charyzmy, w gruncie rzeczy przeciętny mężczyzna. Nie wyróżniający się żadnym wielkim talentem, ale przekonany o swej wyjątkowości. Nierzadko pompatyczny i próżny. Teatralnymi gestami maskuje swoje wewnętrzne ubóstwo. Ona, enigmatyczna, wyniosła i zimna. Kierująca się w życiu zasadą: dbać o siebie, nie przywiązywać się, zero sentymentów. A jednak pokochała. Pokochała zbyt mocno, by odejść, choć przeczuwała, że nie jest dla niego dość dobra, że z inną mógłby być szczęśliwszy. Oboje poturbowani przez los i samotni. Wielu wróżyło rychły rozpad ich zawartego w pośpiechu związku, a jednak przetrwali razem prawie ćwierć wieku. Każde z nich inaczej pamięta wspólnie spędzony czas. Każde ma swoją odrębną historię, inną opowieść. Oboje mają sekrety, ale tajemnice – nawet te najgłębiej skrywane – mają to do siebie, że z czasem wychodzą na jaw. Fatum i Furia. Małżeńskie wzloty i upadki. Zwyczajna historia opowiedziana w niezwyczajny sposób.

W przeciwieństwie do wielu czytelników powieści Lauren Groff, i wbrew zapowiedzi widniejącej na odwrocie okładki, nie dostrzegam w Fatum i Furii wielkich zwrotów akcji. Nie twierdzę, że książka nie zaskakuje, mówię tylko, że nie odnalazłam w niej sugerowanego literackiego trzęsienia ziemi. Powiedziałabym raczej, że lektura przypomina w tym przypadku układanie puzzli. Powolne i niestrudzone budowanie w wyobraźni kompletnego obrazu życia dwojga ludzi.

fatum (2)

Myślę że równie trafną metaforą lektury Fatum i Furii jest stanie za obiektywem aparatu fotograficznego. Na początku to co widzimy jest nieostre, obracamy pierścieniem i obraz stopniowo się wyostrza, przybywa detali. Może się zdarzyć, że ustawiając ostrość zobaczymy coś innego, niż to, co spodziewaliśmy się ujrzeć, gdy obraz był rozmyty. Możemy zobaczyć coś zaskakującego, a nawet rzeczy, których wolelibyśmy nie widzieć. Ta sama przenośnia pasuje to procesu tworzenia takiej książki jak Fatum i Furia. Aparat pozwala wyostrzyć cały kadr, ale umożliwia też pokazanie wyraźnie pewnej części obrazu, inną pozostawiając zamgloną. Jest możliwość zaakcentowania tego, a przemilczenia tamtego. Manipulacja…? Z jednej strony soczewka skupia w sobie każdy szczegół i tworzy bliźniacze odbicie – le double, widmo – otoczenia, z drugiej mówi się, że nic tak nie przekłamuje rzeczywistości jak fotografia… Może nigdy nie zobaczymy całości obrazu. Może ktoś chce nas oszukać, zafałszować lustrzane odbicie. A może to nasze subiektywne spojrzenie tworzy ten obraz na nowo, zgodnie z naszą percepcją, doświadczeniami, oczekiwaniami…

Wiele razy podkreślałam – i chyba nie jest to żadnym wielkim odkryciem – że doświadczenia czytelnicze, na równi z życiowymi, kształtują nasz odbiór literatury. Czytanie to proces. Każda poprzednio przeczytana książka wpływa na to, jak odbieramy kolejną. To co wydarzyło się i dzieje w naszym życiu, sprawia, że albo utożsamiamy się z bohaterami, albo zaczynami ich nienawidzić, buntujemy się wewnętrznie przeciwko nim. Czasem wystarczy małe ogniwo, by powstała więź łącząca czytelnika z fikcyjną postacią – podobne przeżycia, poglądy, uczucia. I równie drobny element wystarczy, by tę wspólnotę doświadczeń zburzyć i postawić mur pomiędzy bohaterem i czytelnikiem, a nierzadko między pisarzem i odbiorcą.

Teraz, po lekturze całości Fatum i Furii, oceniam powieść jako dobrą i nachodzą mnie te pseudofilozoficzne przemyślenia, ale w trakcie bywało różnie… Raz nazywałam autorkę w myślach geniuszem, innym razem pretensjonalną nudziarą. Były momenty, kiedy byłam lekturą zachwycona, ale były też takie, kiedy zadawałam sobie pytanie po co i dlaczego.

Są dwie możliwości. Albo powieść tę należy czytać bardzo cierpliwie i z wszelkimi ocenami wstrzymać się do momentu, gdy w głowie wybrzmi jej ostatnie zdanie, albo ja mam talent do przypisywania rzeczom większego znaczenia, niż naprawdę mają. Bo kiedy dotarłam do finału tej historii, to co wcześniej mnie drażniło, przestało mi przeszkadzać. Znalazłam uzasadnienie dla werbalnej i pozawerbalnej wulgarności Mathilde, dla jej nadpobudliwości seksualnej (paradoksalnie połączonej z niepoprawną politycznie niechęcią do macierzyństwa). Całe to epatowanie perwersją i okrucieństwem, które wydawało się nastawione na szokowanie i budzenie kontrowersji, stało się dla mnie niezbędną częścią tej historii. Historii o antytezach, przeciwieństwach, które się zazębiają i tworzą jedność.

Przez chwilę wyobrażałam sobie Lauren Groff jako wiedźmę – tak dokładnie taką jak te z Makbeta Szekspira, który jest w powieści amerykanki wszechobecny – masakrującą książki i wrzucającą ich kawałki do kociołka z magicznym wywarem. W kotle gotują się strzępy takich dzieł jak: Mistrz i Małgorzata Bułhakowa, Lolita Nabokova, Doktor Faustus i inne utwory Manna, dramaty Szekspira, Antygona Sofoklesa, Gorzkie gody Brucknera, Sprostowanie Knight, Dobrane małżeństwo Kinga, Zaginiona dziewczyna Flynn i wiele, wiele innych mniej lub bardziej znanych klasycznych i współczesnych lektur. Groff jest tu jedyną wiedźmą, ale i tak może recytować w myślach:

Dalej, dalej, siostry wiedźmy,
Czarodziejski krąg zawiedźmy
Wkoło kotła, wrzućmy doń
Zbójczych jadów pełną dłoń.
Ropuszysko, siostro płazu,
Coś pod zimną bryłą głazu
Przez trzydzieści dni i nocy
W odrętwiałej śpiąc niemocy,
Skisło, zgniło w własnej ropie,
Ciebie naprzód w kotle topię.

I śmiać się szatańsko. W kociołku lądują kolejne literackie aluzje, archetypy kulturowe i słynne motywy. Do tego szczypta taniego patosu rodem z telenoweli. Ale równie ważna jak treść jest i forma – myśli wiedźma-pisarka. Trzeba ją jak najbardziej skomplikować i udziwnić. Położyć przed czytelnikiem nie jedną powieść, a wiele przenikających się i sprzecznych opowieści, z których żadna nie jest pełna. Dopiero razem tworzą całość. Co by tu dodać, jaki składnik? Wyrywa sobie garść włosów, odgryza palec, który ląduje w wywarze. Dała cząstkę siebie. Eliksir gotowy.

Kiedy w pierwszej części książki napotykałam powyższe składniki nie byłam zadowolona. Chaos, bufonada, nadekspresja, literatura popularna aspirująca do miana wielkiej sztuki. Właśnie te określenia przychodziły mi do głowy. Teraz w umyśle mam obraz rytuału przy kociołku i jestem zdania, że ten pozorny bezład, mieszanie konwencji, żenienie kultury popularnej z wysoką, było nie tylko świadome i celowe, ale też dogłębnie przemyślane. Nie wydaje mi się, by chodziło wyłącznie o erudycyjne popisy autorki. Jestem za to przekonana, że Mathilde wypowiadająca w myślach cytowane poniżej słowa musi być – w tym akurat konkretnym przypadku – porte-parole Lauren Groff.

Nużyły ją stare sposoby opowiadania, wszystkie te zużyte schematy narracyjne, znajoma gęstwina intrygi, grube powieści o tematyce społecznej. Potrzebowała czegoś bardziej chaotycznego, czegoś ostrzejszego, co wybuchłoby w niej jak bomba.

Oryginalność wcale nie wyklucza czerpania z dorobku poprzedników. A to, że w trakcie czytania wściekamy się na autora, nie wyklucza, że książka ostatecznie bardzo nam się spodoba. Podczas lektury czułam się też chwilami tak, jakby pisarka siedziała przy stoliku kilka metrów ode mnie i kiedy podniosę zdziwiona wzrok, puszczała figlarnie oko. Podejrzewam też, że – o ile ma trochę dystansu – jest zachwycona skrajnymi opiniami na temat swojego dzieła. Bo czy nie o tym właśnie pisze? O odmiennej percepcji tych samych zjawisk, o odbiorze zależnym od perspektywy i kontekstu, o tym, że nie ma dwóch takich samych spojrzeń i nie istnieje jedna racja czy prawda. O wszechobecnych kontrastach i sprzecznościach. Czy coincidentia oppositorum  nie jest  fundamentem wszystkiego co nas otacza? Łącznie z tą książką.

Fatum i Furia to literackie yin-yang – wszędzie przeciwieństwa, a tak gładko się dopełniają. Dokładnie jak Lotto i Mathilde. On postrzegany jako chodząca światłość, ona jako najczarniejszy mrok. A tak naprawdę oboje noszący w sobie ciemność. Tyle, że Mathilde głęboko ją skrywała, a u Lotta przejawiała się ona w nawracających depresjach, myślach samobójczych, artystowskim spleenie. On przez całe życie regularnie uwalniał swoje demony, ona swoje karmiła gniewem, żalem i bólem. Kiedy je wreszcie wypuściła, zemściły się za krzywdy z apokaliptyczną mocą. Ale chyba należał się jej ten rewanż. Jeśli Mathilde ma coś wspólnego z mitologicznymi Furiami – które były bezwzględnymi mścicielkami, ale też strzegły sprawiedliwości i stabilizowały ład moralny i społeczny – to zrobiła tylko to, co musiała, by przywrócić równowagę i poczuć się wolną.

Jeśli sięgniecie po tę książkę, na pewno nie umknie waszej uwadze, że roi się tam od bliźniąt. Potomstwo co drugiej pary pojawiającej się w książce to bliźnięta. Najbliższy przyjaciel Lotta z młodości i jego pierwsza dziewczyna również byli bliźniętami. Ten motyw też zdaje się nawiązywać do symboliki yin-yang i jedności przeciwieństw. Dobry i zły bliźniak. Człowiek i jego druga, mroczna połowa. Dwie połówki, dwa oblicza, jednakowe, ale różne. Rozdwojenie. Prawdziwe ja i maska, którą pozwalam oglądać innym. W trakcie żałoby Mathilde rozszczepia się na dwie osoby. Jest ona, taka jaką pokazywała światu, i naga jak nowo narodzone dziecko ona prawdziwa, ukrywana. Teraz ze zdziwieniem przygląda się sobie samej…

Absolutnie wyjątkowym fragmentem książki jest zacytowana w całości robocza wersja sztuki Antygonada autorstwa głównego bohatera, Lotta Satterwhite’a. Wszystko opisane tak obrazowo, jakby naprawdę oglądało się sceniczną historię kobiety i mężczyzny od zarania dziejów żyjących w innych światach i mówiących różnymi językami. Chapeau bas pani Groff. Tego fragmentu nie zapomnę nigdy (swoją drogą jestem ciekawa, czy autorka widziała sztukę Antygona W Nowym Jorku na podstawie dramatu Janusza Głowackiego, która też jest współczesną reinterpretacją klasycznej tragedii Sofoklesa i była wystawiana w amerykańskich teatrach) i myślę, że byłoby niezłym fenomenem, gdyby takie przedstawienie naprawdę zrealizowano, bo jest to autonomiczny tekst literacki i gotowy projekt niebanalnej sztuki.

Ale chyba tym co najbardziej zafascynowało mnie w powieści amerykańskiej pisarki, jest krążenie wokół tematu sztuki i teatru. Przewrotnie zobrazowany motyw mistrza i ucznia, artysty i jego muzy; przenikanie się życia i sztuki; wizja osobliwego theatrum mundi, w którym jedni są tylko statystami, inni marionetkami, nieliczni demiurgami, a niektórzy łączą w sobie wszystkie te role. W relacji z Lottem Mathilde jest lalkarzem, reżyseruje życie męża jest konspiratorką i inspiratorką, autorką widmem, niewidocznym ale potężnym twórcą jego sukcesu i „geniusza”. Ale kiedyś była po przeciwnej stronie, była lalką, zabawką w rękach sadystycznego Ariela (który mimo biblijnego imienia, o ironio,  jest chyba najbardziej zepsutym bohaterem tej książki). Kiedyś role znów mogą się odwrócić i może ponownie stać się ludzką laleczką, pupillą, w rękach kogoś silniejszego od niej…

fatum (1)

Myślę że Groff nie przedstawiła ludzkiego życia przesadnie teatralnie, po prostu pokazała prawdę. Brutalną i prostą zarazem. Ludzie, którzy są ze sobą długo, walczą o władzę, ranią się i wzajemnie niszczą, kochają i nienawidzą.

Myśląc o Lottcie i Mathilde mam przed oczami obraz Amor i Psyche Edvarda Muncha. Może przez analogiczny tytuł albo dlatego, że ostatnio sporo czytałam o Munchu, ale najpewniej dlatego, że to przedstawiające parę mitycznych kochanków płótno idealnie odzwierciedla relację powieściowego małżeństwa i koresponduje z formą książki Groff. Kobieta i mężczyzna. Nadzy. Stoją naprzeciwko siebie, ale się nie dotykają. Intymna więź, a jednocześnie dystans, oddalenie. Norweski malarz zastosował nietypową technikę – długie pociągnięcia pędzla, każde w innym kolorze. Chaos, przesyt barw. Postacie Amora i Psyche wyglądają jak szaleńczo zamazane farbami kontury. Nieostre, rozmyte… Pod pozorami spokoju i bezruchu buzują emocje: ogień, namiętność, tęsknota, miłość, a może też uraza, gniew, nienawiść…

Edvard Munch | Amor i Psyche | olej na płótnie | 1907

Pod koniec powieści Groff pojawia się kosmogoniczna metafora związku kobiety i mężczyzny. 

Nasza galaktyka tańczy nieskończenie powolne tango z galaktyką Andromedy, a obie mają kształt spirali z rozciągającymi się ramionami, zbliżają się do siebie jak wirujące ciała. W pewnym momencie nabiorą prędkości i zaczną się z nich sypać niebieskie iskry, czyli nowe gwiazdy, aż wreszcie znajdą się obok siebie. Wtedy galaktyki tęsknie wyciągną długie ramiona i w ostatniej chwili złapią się za ręce, i zaczną wirować w przeciwnym kierunku, połączą się, krążąc wokół siebie po raz drugi, spotkają się, uścisną i pocałują. Wtedy w samym sercu wiru, kiedy się ze sobą splotą, otworzy się gigantyczna czarna dziura.

Związek książkowych bohaterów widzę jako wypadkową wizji Muncha i powyższego cytatu. Namiętność i oziębłość. Przyciąganie i odpychanie. Pragnienie, które musi znaleźć spełnienie nawet za cenę całkowitej destrukcji.

Czy małżeństwo Mathilde i Lotta naprawdę było „potwornością”? Czy była w nim nieakceptowalna zaborczość, podłość, przemoc i fałsz, czy też, było w nim po prostu wszystko to, co znajdziemy w co drugim – z pozoru idealnym – związku? Czy ich życie z innymi partnerami byłoby bardziej udane? Na pewno byłoby inne, ale czy lepsze… Cytowany wielokrotnie przez pisarkę Szekspir napisał w Hamlecie: Rzeczy nie są dobre czy złe same w sobie. Są takie, jakimi się wydają.

Wspólne życie powieściowej pary łączy w sobie przeciwstawne pierwiastki dobra i zła, szlachetności i małostkowości. Jest tu egocentryzm i wyrachowanie, ale jest też czyste pełne oddania i poświęcenia uczucie. I w zależności od tego kiedy, jak i z jakiego miejsca na nich spojrzymy, inaczej ocenimy ich wybory i postępowanie. Te same wydarzenia raz wydadzą się nam tragedią, raz komedią – dokładnie tak jak twierdził jeden z bohaterów.

Myślę że wielu czytelników preferuje jasne rozgraniczenia na dobro i zło, na bohaterów jednoznacznie pozytywnych i negatywnych, a kiedy napotykają na wieloznaczność, są zagubieni. Za dużo półtonów i odcieni, by arbitralnie ocenić, przypiąć etykietkę. Sytuacja jest zbyt złożona, bohaterowie nieprzewidywalni, a nasze odczucia ambiwalentne… Takie właśnie opowieści cenię najbardziej, bo rozwijają empatię, pobudzają do refleksji i siedzą w głowie jeszcze długo, długo po lekturze. Taka jest powieść Fatum i Furia.

Jak powiedziała trzecioplanowa bohaterka książki: „Nie wiem, czy powinnam panią spoliczkować, czy ucałować.” To idealna puenta tej książki. Na pewno wielu czytelników chciałoby skierować podobne słowa do Lauren Groff, która trochę oszukuje czytelnika, pogrywa sobie z jego uczuciami. Fatum i Furia to emocjonalny roller-coaster. Powieść przesycona ambiwalencją i budząca sprzeczne odczucia. Dodatkowo dla każdego będzie to całkiem inna historia. Sama jestem ciekawa jak ją odbiorę za kilka lat i co jeszcze w niej znajdę. Bo z pewnością jest to książka, do której można i chce się wrócić.

Czy Fatum i Furia jest godna polecenia? Według mnie zdecydowanie tak. Czy jest tym, czego się spodziewałam biorąc ją do ręki? Pozwólcie, że odpowiem cytatem z tej właśnie książki:

– Spodziewałem się kogoś zupełnie innego […]
– To chyba wspaniale. Kto by chciał dostać to, czego się spodziewał?
– Ja nie.
– Ja też nie.

***

Kiedyś – podobnie jak Mathilde choć znacznie krócej – mieszkałam w domu na podobieństwo zamku Sinobrodego. Od dawna chodzi mi po głowie pomysł na opowieść o tamtym miejscu, ale nie mogę się za nią zabrać. Może nigdy jej nie napiszę, a może ten zamysł musi dojrzeć, zaczekać na odpowiedni moment… Kto wie…