Zaledwie kilka miesięcy temu na blogu gościła premierowo książka Elegancki morderca od wydawnictwa W.A.B. Cezary Łazarewicz nie próżnował i dziś możemy trzymać w dłoniach jego kolejny reportaż Żeby nie było śladów. Sprawa Grzegorza Przemyka wydany przez Czarne.

Początek książki to bardzo dynamiczna opowieść o dwóch ostatnich dniach życia Grzegorza Przemyka. Symultaniczny opis zdarzeń feralnego 12 maja 1983 roku. Relacja ze zwyczajnego dnia, który przeistoczył się w dramat. Młody człowiek chcący uczcić z przyjaciółmi pierwsze zdane egzaminy maturalne. Wygłupiający się i śmiejący nastolatkowie idący ulicami miasta. Komuś nie podoba się ich „podejrzane” zachowanie, a kiedy dodatkowo jeden z nich odmawia okazania dowodu osobistego, zostaje brutalnie spacyfikowany, wepchnięty do milicyjnej nyski i przewieziony na posterunek milicji, z którego nie wychodzi już o własnych siłach. Chirurg, któremu przyszło operować Przemyka, płacze z bezradności. Obrażenia są tak rozległe, że nie można maturzysty uratować.

Sześć minut spędzonych w karetce w drodze z posterunku na pogotowie, stanie się wkrótce podstawą do domysłów, zwątpień, kłamstw i manipulacji władz komunistycznych. Dezinformacja, eliminowanie świadków, naciski ze strony najwyżej postawionych w hierarchii urzędników państwowych… Wszystko po to, by odpowiedzialność za tę bezsensowną śmierć poniósł ktokolwiek spoza milicji, resortu, władz. Są świadkowie, są dowody i ekspertyzy, a i tak wszystko wskazuje na to, że winni unikną kary.

Wieści o brutalności milicji obywatelskiej, o pobiciu i śmierci niewinnego chłopaka obiegają glob. Informacje o Przemyku pojawiają się w amerykańskich stacjach telewizyjnych ABC, BBC oraz w prasie na całym świecie, nawet w japońskiej gazecie „Yomiuri Shimbun”. Polskie media  m i l c z ą.  Przemyk to „ofiara systemu represji wprowadzonego przez generała Wojciecha Jaruzelskiego wraz z ogłoszeniem stanu wojennego w grudniu 1981 roku” notuje przebywający w Polsce zagraniczny dziennikarz Kevin Ruane.

Pogrzeb Grzegorza Przemyka przeradza się w największą od momentu wprowadzenia stanu wojennego manifestację. Warszawskimi ulicami w kierunku Cmentarza Powązkowskiego maszeruje początkowo dwadzieścia, a w kulminacyjnym momencie sześćdziesiąt tysięcy ludzi. „Marsz milczenia który usłyszał cały świat.”

Pochówek młodego warszawianina opisany w rozdziale Maj 1983 symbolicznie zamyka pierwszą część książki. Stopniowo bohaterami Żeby nie było śladów stają się kolejne, oprócz Grzegorza Przemyka, osoby. Jego matka, zapomniana poetka Barbara Sadowska; ojciec, Leopold Przemyk, który założył już nową rodzinę; Cezary F., który po śmierci przyjaciela staje się najbardziej poszukiwanym człowiekiem w kraju; Michał Wysocki, kierowca karetki transportującej Przemyka do szpitala, wytypowany przez władzę na kozła ofiarnego. W tle znani artyści, poeci – znajomi matki Grzegorza i jego samego; osławieni politycy zaangażowani w sprawę tuszowania morderstwa – Jaruzelski, Kiszczak, Urban; ludzie legendy jak Lech Wałęsa czy Jerzy Popiełuszko – jeden z kapłanów odprawiających nabożeństwo pogrzebowe Przemyka, ksiądz którego za niecałe półtora roku spotka podobnie tragiczny los…

Łazarewicz stopniowo odsłania fragmenty życiorysów bohaterów. Opowieść zamyka się w latach 1940-2015. Konteksty biograficzny, historyczny i społeczny przeplatają się z relacją z kolejnych etapów śledztwa i procesu sądowego w latach ’83-’84.

Pod pewnymi względami opowieść Łazarewicza przypomina mi biografię Beksińscy. Portret podwójny autorstwa Magdaleny Grzebałkwoskiej. I choć to znacznie krótsza historia, jest równie dobrze napisana i udokumentowana, równie fascynująca i wstrząsająca. Emocjonalnie wywarła na mnie tak samo silne wrażenie.

Nie mniej ciekawe od opowieści o Przemyku są wtrącenia na temat pracy nad reportażem. Gdzieś w tle opowieści autor w nienachalny sposób umieszcza siebie, dziennikarskie śledztwo, próby odkrycia  c a ł e j  prawdy o wydarzeniach z 1983 roku i ich następstwach. Choć są tego tylko drobne sygnały – autor nie rozwodzi się nad sobą i swoją pracą, jak, gdzie i przy czyjej współpracy zdobywał informacje dowiadujemy się głównie z przypisów – widzimy w wyobraźni człowieka ze zmarszczonym czołem i błyskiem w oku studiującego akta w archiwum IPN-u lub w podziemiach Ośrodka Karta. Domyślamy się jego zaangażowania w – jak ujął to metaforycznie sam autor – próbę ułożenia puzzli mimo braku kilku elementów. Przeglądane milicyjne raporty, donosy, korespondencja Barbary ze znajomymi, pocztówki wysyłane synowi z zagranicznych podróży – można poczuć, jakby się samemu krok po kroku dochodziło do prawdy. Dla Łazarewicza zgłębianie akt było jak czytanie thrillera politycznego, a dla mnie lektura jego reportażu jest jak seans filmu Wróg publiczny z tą różnicą, że Żeby nie było śladów to niestety nie fikcja.

O tym że sprawa Grzegorza Przemyka nadal budzi kontrowersje świadczy chociażby to, że – jak zauważa we wstępie Łazarawicz – przez wszystkie te lata nie powstała ani jedna rzetelna książka o „sprawie Przemyka”. Dlaczego nikt nie chciał się w tym „babrać”? Znamienny jest też fakt, że główny informator autora, świadek tamtych zdarzeń, któremu pisarz dziękuje na końcu książki, woli pozostać anonimowy…

***Na marginesie***

Na koniec refleksja okołoksiążkowa. Nie było mnie na świecie, kiedy wprowadzono stan wojenny, nie było mnie, kiedy zabijano Przemyka, gdy upadł komunizm, miałam trzy lata. Najtrudniejsze czasy ominęły moje pokolenie. Zwykle nie komentuję sytuacji politycznej w naszym kraju, ale po lekturze Żeby nie było śladów jeszcze bardziej boję się, że Polakom znów przyjdzie mierzyć się z tym, co wyprawiała władza trzydzieści, czterdzieści lat temu. Powoli cenzurują nam media, co będzie dalej…?

large_zeby_nie_bylo_sladow

Autor: Cezary Łazarewicz
Tytuł: Żeby nie było śladów. Sprawa Grzegorza Przemyka
Wydawnictwo: Czarne
Liczba stron: 316
Wydanie: I (2016)
Seria wydawnicza: Reportaż
Oprawa: Twarda
Format: 14 x 22 cm
Cena z okładki: 44.90
ISBN: 978-83-8049-234-9