Odwieczne pytanie – co lepsze, książka czy ekranizacja? Lepiej najpierw czytać, a potem oglądać, najpierw oglądać, a później czytać, czy też tylko oglądać i nie czytać wcale?…

Są dobre adaptacje filmowe dobrych książek – jak chociażby Lot nad kukułczym gniazdem, Lolita, Lśnienie, Ptasiek, Mechaniczna pomarańcza, Matka Joanna od Aniołów i… mogłabym tak długo wymieniać – ale istnieje też niemało słabych adaptacji filmowych niezłych książek. Lista tych drugich jest znacznie dłuższa, szczególnie jeśli przyjrzeć się ekranizacjom literatury współczesnej.

Najczęściej adaptacja filmowa ma to do siebie, że opowiedzianą w dziele literackim historię spłyca i upraszcza. Ale od każdej reguły są wyjątki. Dzisiaj opowiem o fenomenie filmów, które biją na głowę literackie oryginały. Nie jest to wcale sytuacja tak rzadka, jak się z pozoru zdaje. Mnie samej przychodzi na myśl kilka tytułów, których znam wersje zarówno książkowe jak i filmowe. Na przykład Harry Angel – powieść Williama Hjortsberga dobra, ale film Alana Parkera bardzo dobry. Podobnie jest w przypadku Co się zdarzyło baby Jane? Robert Aldrich zrealizował na podstawie niezłej powieści Henry’ego Farrella genialny thriller z niezapomnianymi kreacjami Bette Davis i Joan Crawford. Albo coś bardziej klasycznego – i nie z gatunku grozy – Jules i Jim. Z całym szacunkiem dla pana Henriego Pierre’a Roché’a, książka momentami mocno mnie znużyła. Tymczasem film Françoisa Truffauta – wspaniały. Prekursor nowej fali we francuskim kinie pominął wszystko co niepotrzebne. Pozbył się pretensjonalności, wykroił męczące fragmenty, a rozwinął to, co w historii najlepsze, tworząc uniwersalną opowieść o miłości i przyjaźni. O tak, byli – i nadal są – filmowcy, którzy unieśmiertelniają dzieła literackie.

Mało tego, zdarzyła się kilka razy w historii sytuacja dość kuriozalna, kiedy to reżyser filmowy z przeciętnej książki wycisnął więcej, niż można by się spodziewać, tworząc genialny film i jeszcze dodatkowo przyczyniając się do spopularyzowania książki i uznania jej za dzieło kultowe. Obrazami takimi są, w moim subiektywnym odczuciu, dwa filmowe arcydzieła: Psychoza Alfreda Hitchcocka i Dziecko Rosemary w reżyserii Romana Polańskiego. Więcej miejsca chciałabym poświęcić własnie tym dwóm ekranizacjom.

ro

Dziecko Rosemary to jedyna książka, którą posiadam w dwóch egzemplarzach. Na jednej z półek stoją ramię w ramię tom Wydawnictwa Literackiego z końcówki lat osiemdziesiątych i wznowienie Rebisa z 2014 roku. Stare wydanie trafiło do mnie wtedy, gdy najmniej się tego spodziewałam. Jeszcze w szkole średniej obeszłam wszystkie okoliczne biblioteki, ale w żadnej nie znalazłam powieści Iry Levina. Wiem, wiem, dzisiaj na aukcjach internetowych można tę pozycję nabyć za grosze, ale kilkanaście lat temu nie było tak łatwo. Kiedy wreszcie legendarna powieść trafiła w moje ręce, poczułam się jak odkrywca skarbów. Sfatygowana książka, ze śladami czasu i pieczęciami dawno nieistniejącej biblioteki wzbudzała we mnie wielkie emocje, dopóki nie zabrałam się za lekturę… Mimo wszystko po latach odezwał się we mnie książkowy zakupoholik. Nie mogłam sobie odmówić kupna nowego wydania w twardej oprawie. Pod koniec minionego roku przeczytałam Dziecko Rosemary ponownie i ponownie mi się nie spodobało.

Co innego film Romana Polańskiego. Ta niezwykle wierna powieściowemu oryginałowi adaptacja, paradoksalnie bardzo się od książki różni. Polański sfilmował scena po scenie opisane w powieści Levina wydarzenia, niektóre dialogi są wręcz identyczne, ale film posiada walory, których książce zabrakło. Jest bardziej enigmatyczny.

U Levina wszystko było czarne albo białe. Polański dodał półcienie. W filmie jest mnóstwo niuansów, które sprawiają, że wizerunki bohaterów i fabuła są niejednoznaczne, a przez to bardziej tajemnicze. Atmosfera paranoi według Polańskiego jest znacznie bardziej sugestywna niż ta w wykonaniu Levina. W filmie jest poczucie narastającego obłędu, dezorientacji i surrealizmu, których w książce zabrakło. O ile powieść ma dość wyraźne zakończenie, o tyle film można różnie interpretować. Słowem kluczowym jest tu chyba klimat. Ciężko jest się wczuć w nastrój opowieści, choćby najciekawszej, kiedy pisarz nie umie posługiwać się środkami językowymi. Z Dzieckiem Rosemary w ręku czułam się trochę jak nauczyciel czytający opowiadanie średnio rozgarniętego licealisty o wybujałej wyobraźni. Levin ma zatrważająco ubogi zasób słownictwa. W kółko te same frazy, podobne konstrukcje, zero finezji. Dla mnie książka to nie tylko oryginalna fabuła, forma też jest ważna. Zastanawiałam się nawet przez chwilę, czy to nie wina słabego przekładu, ale nie ma co zwalać winy na tłumaczy. Inne płody Levina, na przykład – również zekranizowana – powieść Sliver udowadnia, że pisarz miał oryginalne pomysły, jednak gorzej z wykonaniem. Dzisiaj autorzy podobni do Iry Levina mogą zaangażować do współpracy ghost-writera, albo przynajmniej świetnego redaktora, który pomoże ubrać myśli w odpowiednie słowa. Mimo wszystko powieść z 1967 to bestseller. Dzieło niedoskonałe, ale przełomowe.

tanis2

Wobec Roberta Blocha nie mam aż tak wielkich zarzutów, ale powiedzmy sobie otwarcie, jego Psychoza nie zachwyca. Nie zachwyciła nawet Hitchcocka, ale jedna scena – morderstwo pod prysznicem – zaintrygowała reżysera na tyle, że postanowił przenieść historię o Normanie Batesie na duży ekran. Powszechnie znana jest anegdota na temat Hitchcocka wykupującego całe nakłady powieści z księgarni, aby potencjalni widzowie nie znali zakończenia Psychozy. Reżyser był perfekcjonistą, najwyraźniej w przeciwieństwie do Blocha, który napisał powieść tak, jakby się strasznie spieszył i chciał mieć to już z głowy.

Książka Roberta Blocha to właściwie książeczka. Nieco ponad sto pięćdziesiąt stron – bardziej przypomina dłuższe opowiadanie niż powieść. To Hitchcock pogłębił portrety psychologiczne bohaterów, jedynie zarysowane przez pisarza. Reżyser nadał historii mroczny klimat, który autentycznie czuć podczas seansu. Podczas lektury Blocha niekoniecznie. Za argument niech posłuży fakt, że to film otrzymał nagrodę imienia Edgara Allana Poego, nie książka (sic!), która na tle filmu mistrza suspensu wypada blado. Można się zatem zastanawiać, czym byłaby powieść Psychoza gdyby nie Hitchcock…

Trochę się powymądrzałam, a teraz czekam na wasze opinie. Czy również macie wrażenie, że niektóre książki żyją tylko dzięki popularności ich filmowych adaptacji? Jak wam się podobały książki i filmy o których mowa w artykule? Jakie są wasze ulubione ekranizacje i czy również widzieliście filmy, które okazały się lepsze od książkowych oryginałów?