CZEPIAM SIĘ KSIĄŻEK

"Książki często występują w moich snach erotycznych"

Month: Wrzesień 2015

Guillermo Martínez „Powolna śmierć Luciany B.”

Na początek zachęcam was do wykonania małego eksperymentu. Przygotujcie kartkę i długopis. Weźcie do ręki dowolną monetę. Podrzućcie ją dziesięć razy, po każdym rzucie notując wynik. Mój jest następujący: orzeł, orzeł, reszka, orzeł, orzeł, orzeł, reszka, reszka, orzeł, reszka. W sumie sześć razy orzeł i cztery reszki. Ciągi powtarzających się po sobie orłów pojawiły się z większą częstotliwością niż reszek. O czym to świadczy?

Podobne pytanie stawia Guillermo Martínez w powieści Powolna śmierć Luciany B. W dużym skrócie jest to książka rozważająca kwestię, czy jest możliwe, aby ktoś otrzymywał od losu same orły albo same reszki. Czy to, że wokół kogoś z niepokojącą regularnością i w podejrzanych okolicznościach umierają ludzie, jest przypadkiem, chronicznym pechem, świadomym spiskowym działaniem wroga, przekleństwem, fatum zesłanym przez opatrzność jako kara za grzechy, a może wynika z prawa determinizmu?

To co robiliście przed chwilą z monetą, nazywane jest w matematyce procesem stochastycznym i dotyczy rachunku prawdopodobieństwa. Powolna śmierć Luciany B. to druga powieść, w której dostrzegam tak silnie zarysowaną perspektywę probabilistyczną. Pierwszą jest Podwojenie autorstwa José Saramago, w którym stawiał pytanie: Jakie jest prawdopodobieństwo, że w mieście, w którym żyje pięć milionów obywateli, istnieje dwóch identycznych niespokrewnionych ze sobą mężczyzn oraz jaka jest szansa, że kiedykolwiek się oni spotkają? Po czym dowodził, że oba zdarzenia są  możliwe, i oba będą zwyczajnym przypadkiem.

Continue reading

Charlie LeDuff „Detroit. Sekcja zwłok Ameryki” [recenzja]

Książka o wymownym tytule Detroid. Sekcja zwłok Ameryki jest czymś zupełnie innym niż się spodziewałam. Publikacja promowana jako reportaż, niewiele ma z tym gatunkiem wspólnego. Reportaż najsilniej kojarzy mi się z twórczością zmarłego kilka lat temu Ryszarda Kapuścińskiego. To jego relacje z afrykańskich podróży, oraz teksty ilustrujące sytuację polityczną i społeczną w krajach za żelazną kurtyną, uchodzą dla mnie za wzór literatury faktu. Ale Ameryka, to Ameryka. Widocznie panują tam  inne standardy dziennikarstwa.

Dlaczego o tym piszę? Ponieważ Charlie LeDuff jest przeciwieństwem Kapuścińskiego, dla którego źródłem twórczej inspiracji była obserwacja uczestnicząca, który miał niebywały zmysł dziennikarski, w swych tekstach pozwalał przemówić sytuacjom i ludziom, umiejętnie dozując informacje o sobie samym. Tymczasem amerykański autor od początku książki stawia w centrum właśnie siebie. Snując rozważania o własnej wielkości i dziennikarskim kunszcie, jawi się jako nieokiełznany egocentryk i pospolity megaloman. Owszem otrzymał niegdyś nagrodę Pulitzera, ale czy to powód, by tak stroszyć piórka i kreować się na megagwiazdę? Można odnieść wrażenie, że LeDuff robi Detroit wielką przysługę rezygnując z wysokiej pozycji, jaką sobie wypracował, rzucając pracę w „The New York Times”, by przenieść się do tego miasta widma i zatrudnić w lokalnej gazecie.

Continue reading