Rob Zombie jest znany szerszemu odbiorcy jako muzyk i reżyser filmowy. Ja sama nie jestem fanką jego muzyki, ale filmy uwielbiam. Szczególnie Halloween – genialny remake klasycznego horroru Johna Carpentera z 1978 roku.

Nie wiedziałam, że Zombie napisał książkę, dopóki się na nią przypadkowo nie natknęłam. Nazwisko na okładce skłoniło mnie do kupna w ciemno i nie żałuję. Zombie okazał się równie sprawnym pisarzem, jak reżyserem. Może nie powinno to dziwić, w końcu zarówno film, jak i książka, to pewien rodzaj narracji, więc jeśli ktoś pisze scenariusze to i z książką nie powinien mieć większych trudności, ale… Żeby powieść była naprawę dobra, musi mieć to coś. A Rob Zombie i jego mroczna historia to coś mają. Powiem krótko, książka wciąga, wręcz hipnotyzuje. Nie ma w niej dłużyzn, których tak obawia się każdy czytelnik, a krew leje się nieprzerwanym strumieniem. Barwne – powinnam raczej powiedzieć czerwonobarwne – opisy mocno oddziałują na wyobraźnię. Podczas lektury Panów Salem nie raz zjeżył mi się włos na ciele.

Zombie spłodził – we współpracy z B. K. Evensonem – osadzoną we współczesności opowieść luźno nawiązującą do historycznych wydarzeń z Masachusets z 1692 roku. Całkiem niedawno pisałam o Czarownicach z Salem Millera, w którym to utworze autor opierał się na źródłach historycznych. Zombie obrał ten sam temat za punkt wyjścia książki, jednak jego powieść to rasowy horror, w którym dominują wątki fantastyczne.

Continue reading