CZEPIAM SIĘ KSIĄŻEK

"Książki często występują w moich snach erotycznych"

Category: O książkach (page 1 of 5)

(Nie)przypadek. One są wszędzie! Motyw literacki: jeż

Dzisiejszy wpis jest sponsorowany przez nerwicę natręctw. Zliczanie (nie)przypadkowych zjawisk i usilne szukanie powiązań tam, gdzie ich nie ma. Bo to, że w dwóch czytanych pod rząd książkach natknęłam się na jeża, przecież musi coś znaczyć. Dodatkowo ciągle mam w głowie to przedziwne opowiadanie greckiego autora, to o jeżu. A jakby tego było mało, przedwczoraj na drogę wyszedł mi… nie no, w tym akapicie jest zdecydowanie za dużo powtórzeń.

Tylko nie zrozumcie mnie źle, jeśli szukacie najprawdziwszych, najzwyklejszych w świecie jeży, tu ich nie znajdziecie. Tu są jeże metafory. Kto by pomyślał… Jeż jako symbol w tekstach najeżonych samotnością, strachem, szaleństwem, bólem i rozkładem.

Continue reading

Duchologia dzieciństwa i dorastania ǀ Mapa zalesienia Eweliny Krupskiej

Powstało mnóstwo teorii na temat nienazwanej grozy czyhającej w końcówce banana. Byłam zwolenniczką tej mówiącej o egzotycznym robaku, o bananowym czerwiu, który wlazł do środka w Afryce po to, by wyleźć w Polsce prosto do mojego układu pokarmowego i siać tam spustoszenie. Jeśli nie było go w bananie osobiście, a mogło naprawdę z wielu powodów, zostawiał tam robalowate jaja, przez co miałam szanse stać się naiwnym inkubatorem dla afrykańskich owadzich noworodków. Nic przyjemnego. W całkowitej ciszy i niemałym skupieniu obserwowałam więc wymuszane odcinanie obu bananowych końcówek i czasami wydawało mi się, że robal wystawia łeb, by zakląć, pogrozić mi i zapowiedzieć, że jeśli nie tym razem, to kiedyś na pewno go skonsumuję – przez lenistwo albo na skutek dorosłości, która nie daje wiary podobnym historiom. (Końcówka banana, fragment)

Nie zastanawiaj się, tylko odpowiedz spontanicznie. Ile masz teraz lat? Nie pytam o prawdziwy wiek, tylko o to w jakim momencie życia jesteś teraz myślami. Już rozumiesz. Tobie też to się przytrafiło? Czas się cofnął… To tylko niewielki wycinek Mapy zalesienia, jednostka na skali 1:150, ale nawet tak niewiele wystarczy, by poczuć, że to nie jest zwyczajna książka, to podróż. Wyprawa, której plan znalazłam przypadkiem. Mapa zalesienia oraz Papier, nożyce, SŁOWO, miejsca, w których nie można się nie zakochać. Ale to dziwne zauroczenie. Słodko-gorzkie, pełne niepewności i obaw. 

Continue reading

Ze wszystkich na nowo obcych miejsc ǀ Damian Dawid Nowak ǀ Inaczej niż w lustrze [recenzja]

Prosta, surrealistyczna grafika na okładce. Dwa światy. Jeden wklejony w drugi. Kontrasty, które płynnie się stapiają. Inaczej niż w lustrze, czwarty tomik poetycki młodego autora, Damiana Dawida Nowaka (1989). Starannie i estetycznie wydana książka, w środku pięćdziesiąt pięć wierszy. O dorastaniu i wkraczaniu w dorosłość; o wielkim mieście, przestrzeni odczuwanej jednocześnie jako obca i swoja; o rodzinie i stracie; o wierze i jej braku, współczesnych fałszywych bożkach. Poetycki komentarz do ponowoczesnego świata i naszego wirtualnego życia, momentami wręcz jawna krytyka cywilizacji, w takiej formie jak ją oglądamy od około dekady; wieszczenie końca prawdziwej sztuki i kultury wysokiej; wreszcie liryka miłosna. Bogaty tematycznie zbiór, który można odbierać jako wyraz lęków, zwątpień i pragnień.

Continue reading

Ryszard Kapuściński nieznany ǀ Prawa natury [łyk poezji]

Przypadkowe odkrycie: Ryszard Kapuściński pisał wiersze. Mistrz literackiego reportażu, autor fascynującego Hebanu oraz wstrząsającego Cesarza i Imperium parał się poezją. Zaskoczenie, ale przede wszystkim ciekawość. Jakie są te wiersze? O czym?

W moje ręce wpadł tomik Prawa natury opublikowany przez Wydawnictwo Literackie. Blisko sześćdziesiąt tekstów utkanych z ulotnych wrażeń, olśnień, wspomnień. Kapuściński nie zaprzątał sobie głowy wymyślną metaforyką czy chwytliwymi tytułami. Notował, dzielił się myślami. Z reporterską precyzją, ale liryczną sugestywnością. Wychodząc od z pozoru banalnych spostrzeżeń, tworzył poezję prostą, obrazową, skondensowaną, z mocno zarysowaną puentą.

Continue reading

Tetralogia nowojorska ǀ 4 3 2 1 Paula Austera ǀ Wszystkie żywoty Archibalda Isaaca Fergusona

Trochę wody upłynęło od ostatniego wpisu… Nie ma co udawać, pisze mi się ostatnio ciężko, czyta też nielekko. Napotykam na lekturowe rozczarowania i autorskie blokady, ale pojawiła się na horyzoncie pewna książka, o której muszę opowiedzieć, i której nie mam za złe, że wykradła mi tydzień z życia.

Ostatnia notka na blogu dotyczyła prozy Siri Hustvedt, dziś o monumentalnej książce jej męża, cenionego amerykańskiego powieściopisarza, Paula Austera.

Znacie to uczucie, kiedy bezpośrednio po przeczytaniu książki albo obejrzeniu filmu, macie ochotę zrobić powtórkę? Teraz, od razu. Zdarza się, jak mawiał osobliwy pisarz. Albo coś za mną chodzi, jak zauważył pewien oryginalny reżyser. Auster i jego 4321 chyba jeszcze długo będą za mną chodzić. I na pewno zdarzy mi się wrócić do tej niecodziennej powieści. A kiedy już to zrobię, posłużę się – być może wbrew intencji autora – pewnym kluczem. Postąpię tak, jak z jedną z najoryginalniejszych powieści jakie czytałam, postmodernistyczną Grą w klasy Julio Cortázara. Książką, którą można czytać na dwa sposoby: od deski do deski, strona po stronie albo według stworzonego przez pisarza szyfru. Kluczem do ponownej lektury 4321 będzie właśnie ta numeracja, tyle że odwrócona. Najpierw przeczytam wszystkie rozdziały z życia Fergusona pierwszego, późnej Fergusona drugiego, następnie trzeciego i czwartego. Może wtedy uda mi się złamać kod Austera, upewnić się, czy wewnątrz poszczególnych rozdziałów wprowadził pewne sprzeczności i alternatywy, na które – zdaje mi się – natrafiłam, ale złożona natura tej książki nie pozwala mieć pewności po jednorazowej lekturze.

Continue reading

Ból z powyłamywanymi słowami. Anna Ciarkowska „Chłopcy, których kocham” [premierowo]

Chłopcy, których kocham i Mikromy, dwa projekty Anny Ciarkowskiej, pierwszy literacki, drugi graficzny. Podglądam od dawna. Kiedy autorka dzieliła się w sieci pierwszymi krótkimi wierszami, byłam pod ogromnym wrażeniem. Otwartości i prostoty jej tekstów, które jednocześnie skrywają wielki ładunek emocjonalny. Z miejsca uznałam Chłopców, których kocham za fenomen. Liryczne notatki z codzienności, z kochania i bycia kochaną, z rozstań, z pustki, która paradoksalnie potrafi pochłonąć i zmielić człowieka jak tornado. Teoretycznie mogłaby je stworzyć każda kobieta. Tyle że niewiele z nas potrafiłoby znaleźć odpowiednie słowa, przekuć tęsknotę i rany w coś tak poruszającego, intymnego a równocześnie uniwersalnego jak ten tomik.

Continue reading

Lynch pod lupą. Nowe wydanie książki „W pogoni za wielką rybą”

Żartowałam niedawno, że mój egzemplarz W pogoni za wielką rybą (Catching The Big Fish) stracił właśnie status białego kruka. Książka od lat niedostępna, a przez wielu poszukiwana. Nieoczekiwanie i bez wielkiego rozgłosu nadeszła chwila, kiedy doczekaliśmy się nowego wydania tej niecodziennej publikacji. Wydana niegdyś przez Rebis książka Davida Lyncha wraca po jedenastu latach w nowym przekładzie pod szyldem wydawnictwa Samsara.

Tak się składa, że zrecenzowałam W pogoni za wielką rybą już przed czterema laty. Była do dokładnie druga recenzja, która pojawiła się na blogu. Oczywiście nikt jej wtedy nie przeczytał, postanowiłam zatem ponowić lekturę książki Lyncha, odświeżyć recenzję i opublikować ją raz jeszcze w lekko zmienionej formie. Wybaczcie mi to małe oszustwo, które czynię ku chwale Davida Lyncha i ku ekscytacji miłośników jego – nie tylko filmowego – geniuszu.

W pogoni za wielką rybą to książka pod wieloma względami niezwykła. Zbudowana z kilkudziesięciu krótkich rozdziałów, które są jak zapiski w dzienniku, notatki artysty. Migawki zdarzeń, zalążki pomysłów, szkice ludzkich portretów, etc. Do tego enigmatyczne sentencje, refleksje o życiu, skrawki autobiografii. Trzeba niemałego wysiłku, żeby to wszystko scalić, złożyć w spójny obraz, dostrzec przekaz – kompozycja aż nazbyt dobrze znana z filmów Lyncha.

Continue reading

Literacki autokanibalizm. Petra Hůlová „Macocha” [recenzja]

Narratorką najnowszej powieści Petry Hůlovej jest anonimowa kobieta, którą mieszkająca w sąsiedztwie ćpunka nazywa czule Julie, a własna córka złośliwie macochą. Z zawodu pisarka, z zamiłowania gawędziarka, której logorea (słowotok, jakoś niedostatecznie oddaje nasilenie jej chaotycznego monologu) stopniowo staje się coraz bardziej porażająca, upstrzona niepokojącymi szczegółami z życia intymnego, surrealistyczna, wreszcie całkowicie niewiarygodna…

Chciałabym scharakteryzować w kilku zdaniach tę nietuzinkową postać, ale ona sama zrobi to lepiej. Julie to zarozumiała baba na samozatrudnieniu, która woli zaharować się na śmierć dozgonnym unikaniem etatu niż choćby raz w życiu nastawić budzik, a dokładniej autorka poczytnych, szmirowatych romansideł. Dawniej miała ambicje, napisała nawet docenioną przez krytykę książkę, której żaden z jej aspirujących do miana literatów, artystów i głosów pokolenia, znajomych nawet nie raczył przeczytać, ponieważ – jak stwierdza z wrodzonym sobie poczuciem humoru Julie – Czech zainteresowany ambitną twórczością rówieśników to zjawisko tak samo rzadkie jak szafran w czeskiej kuchni. Dziś taśmowo produkuje harlequiny, a w jej życiu majaczą już tylko mocne postanowienia.

Continue reading

Patologiczna litania. „Kwaśne jabłko” Jerzego Szyłaka i Joanny Karpowicz [komiksowo]

Ulicami miasta idzie anonimowa kobieta. Chowa twarz za dużymi przyciemnianymi okularami. W zimie. Ile podobnych do niej maltretowanych żon maskuje siniaki grubą warstwą podkładu i chowa opuchnięte oczy za ciemnymi szkłami? Poniżane, krzywdzone, pozbawione poczucia własnej wartości. Rozkosz pomieszana z bólem to ich codzienność.

Kwaśne jabłko już po kilku stronach zaczyna jawić mi się jako patologiczna litania. Ułomna dziękczynno-pokutna modlitwa słabej, pogrążonej w letargu kobiety, która nie potrafi wyrwać się z zaklętego kręgu przemocy i gwałtu. Zamiast tego usprawiedliwia swojego oprawcę i tworzy w wyobraźni urojony idealny świat. Ma dobrego, choć czasem porywczego, męża, na którego nie zasługuje, dziękuje za wszystko i przeprasza… Ciągle przeprasza.

Continue reading

Wojna z lotu ptaka. „Przyczynek do historii radości” Radki Denemarkovej [recenzja]

Przyczynek do historii radości Radki Denemarkovej to opowieść o niekończącej się walce o wolność i godność ciała. O połamanych skrzydłach i ukręconych łebkach. O locie i upadku. O męskim i żeńskim.

Wojnę i ptaki połączył już ponad trzydzieści lat temu William Wharton, w swojej najsłynniejszej, zekranizowanej przez Alana Parkera, powieści, Ptasiek. Teraz robi to czeska pisarka Radka Denemarková. Tyle że u niej i wojna, i ptasi lot mają wymiar bardziej metaforyczny.

Continue reading

Ulotna normalność, przelotny obłęd. Christine Lavant „Zapiski z domu wariatów” [impresja]

Co ty wiesz o szaleństwie? Mówi mi drwiący głosik w głowie. Przeczytałaś dziesiątki książek o wariatach, domach wariatów i ludziach niesłusznie nazywanych wariatami, ale co ty o tym wiesz? Brat twojego dziadka skończył w wariatkowie, ciotka miała problemy psychiczne, ale co ty wiesz o prawdziwym obłędzie. Poruszyła cię powieść W ciemność, pomyślałaś o jej bohaterce, rozumiem ją, to mogłabym być ja, ale czy to znaczy, że wiesz jak to jest być nią? Oglądałaś po kilka razy Lot nad kukułczym gniazdem, Ptaśka, Lokatora, Przerwaną lekcję muzyki, Jak w zwierciadleetc., ba, napisałaś nawet o nich artykuł pod zgrabnym tytułem Filmy o (nie)zwykłym szaleństwie, ale co ty o nim wiesz? Tak, tak, masz graniczącą z obłędem obsesję na punkcie sobowtórów, czasem widzisz i słyszysz coś, czego nie ma, ale… Dopóki nie trafisz do okolicznego szpitala psychiatrycznego – miejsca, które odkąd pamiętasz wszyscy nazywają zieloną górką nim nie wylądujesz w pokoju bez klamek, zanim nie spojrzysz w twarze ludzi, którzy nie wiedzą już kim są i żyją w wewnętrznym piekle, nie możesz mieć pojęcia, czym naprawdę jest szaleństwo. Możesz za to łudzić się, że wszystko jest normalnie, masz normalne życie, jesteś normalna.

Continue reading

Jednak nie o mnie. Anna Cieplak – „Lata powyżej zera” [recenzja]

Jakiś czas temu zachłysnęłam się pewnym specyficznym gatunkiem polskiej literatury współczesnej. Zachwycił mnie jej pozorny autentyzm, to że bez trudu odnajduję w niej odbicie własnych doświadczeń, że przeglądam się w tych historiach jak w przyprószonych kurzem lustrach. Książki te i ich autorów zaczęto – początkowo nieśmiało, z czasem coraz odważniej i częściej – nazywać świadectwami i głosami pokolenia. Naszego pokolenia. Mojego.

Tyle że z każdą kolejną lekturą tego typu mój entuzjazm słabnie. Niby identyfikuję się z bohaterami, ich przeżyciami, fascynacjami, upadkami, ale… Zaczynam dostrzegać, że temu światu brakuje głębi. Jego każdy kolejny portret jest coraz bardziej banalny i płytki. Próbuję sobie przypomnieć, czy rzeczywiście tak to było. Transformacja, względny dobrobyt, poszerzające się granice wolności, zero dramatów, nawet nad tragediami i traumami szybko przechodzi się do porządku dziennego, nad wszystkim unosi się cynizm i sarkastyczne komentarze. Może jestem nadwrażliwa, ale inaczej to pamiętam. 

Continue reading

Richard Appignanesi i Sława Harasymowicz – „Człowiek-wilk. Ilustrowany Freud” [komiksowo]

Wiedeń, 1910 rok. Młody rosyjski arystokrata, Siergiej Pankiejew, trafia do domu Zygmunta Freuda na Bergstrasse w poszukiwaniu pomocy. Podczas terapii Freud skupia się na śnie z dzieciństwa swojego pacjenta, w którym wataha białych wilków przesiaduje na gałęziach drzewa za oknem jego sypialni. To właśnie interpretacja tego snu przysporzyła Pankiejewowi pseudonimu Człowiek-wilk, a Freudowi zapewniła centralną pozycję w myśli nowoczesnej. Obserwujemy historię niespokojnego życia Pankiejewa oraz próby Freuda, jak i innych terapeutów, odkrycia źródła jego choroby.

Wystarczyło, że spojrzałam na okładkę komiksu według scenariusza Richarda Appignanesiego z rysunkami Sławy Harasymowicz oraz przytoczony powyżej wyimek z opisu wydawcy, by w moim umyśle zrodziło się przekonanie, że oto trafiłam na niezwykłą publikację. Powieść graficzną – czy jeśli ktoś woli komiks – zanurzony w historii psychoanalizy. Ilustrowany przewodnik po myśli Sigmunda Freuda i jego pionierskich odkryciach na temat struktury osobowości, rozwoju psychoseksualnego człowieka, podświadomości, archetypów i kompleksów. A tu takie rozczarowanie… 

Continue reading

„Do jesieni” i „Do melancholii”. Ody Johna Keatsa [łyk poezji]

Nadal pozostaję pod ogromnym wrażeniem lektury Skorunia. Te dźwięki, zapachy, smaki, podmuchy wiatru… Mimo że – w przeciwieństwie do autora – większość życia spędziłam na wsi, właśnie Płaza sprawił, że od kilku dni inaczej patrzę na moje otoczenie. Ponownie zakochałam się w prowincji. Staram się na co dzień dostrzegać i doceniać całe to piękno, które mam dookoła, ale jak wszystko, tak i ono z czasem powszednieje, przestaje wzbudzać zdziwienie i zachwyt. Tymczasem wioska, w której mieszkam właśnie teraz, późną jesienią, przechodzi przyspieszoną metamorfozę. Warto to obserwować, próbować uchwycić, jak każdego dnia się zmienia.

Continue reading

Jabłka i inne żywioły. Maciej Płaza – „Skoruń” [recenzja]

Skoruń, wiejski mikrokosmos zamknięty w szklanej kuli. Ilekroć usłyszę – jeszcze do niedawna tak obco brzmiące – słowo skoruń, wyobrażę sobie właśnie ją. Kulę, której wnętrze wypełnia drewniana chata i kilka drzew. Przed domem będzie stał wysoki mężczyzna, mimo że miniaturowy i niewyraźny, na jego szarej twarzy dostrzegę wyraz gniewu i zaciętości. W mikroskopijnym okienku zobaczę też twarz kobiety. Zatroskaną, może trochę zlęknioną. Nigdzie nie będzie chłopca. Nazywanego skoruniem, leniem, podmieńcem, łobuzem… Nie ma go w szklanej kuli. W mojej wyobraźni on jeden wyrwał się z tego świata. Jest już poza nim.

Każda szklana kula wypełniona jest płynem i drobinkami czegoś, co mieni się i odbija światło, nie inaczej jest z literacką szklaną kulą Macieja Płazy. Jego kieszonkowy glob wypełnia gęsta woda. Woda, która nie raz sprowadzała na mieszkańców tego świata widmo powodzi. I tylko jedno jest w niej niezwykłe, jeden szczegół różni ją od szklanych kul, które widziałam w filmach i na sklepowych wystawach. Kiedy nią potrząsam, zamiast konfetti i brokatu widzę jabłka. Różnej wielkości, wszystkich kolorów i kształtów. Owoce, które zawisają na chwilę jak w próżni, a potem bardzo powoli spływają w dół, by osadzić się na dachu domu, na gałęziach drzew i wilgotnej ziemi.

Continue reading

O (nie)byciu i (nie)widzialności. Jakub Małecki – „Rdza” [recenzja]

Wczesną wiosną był Dygot, późną jesienią jest Rdza. Tak wygląda moja wędrówka przez prozę Jakuba Małeckiego. Niezwykle płodnego autora, który po raz kolejny udowadnia, że potrafi wyśmienicie pisać. Snuć opowieści o ludziach zwyczajnych i nadzwyczajnych, bawić się perspektywami czasowymi i przestrzennymi, zagęszczać rzeczywistość i zapętlać czas. Jakub Małecki ma świetny warsztat, pisze bez zarzutu. Ma też własny styl. Po lekturze Rdzy opuściły mnie obawy, co do zasłyszanych zarzutów o wtórność, powielanie tych samych schematów i krążenie wokół tych samych tematów. Wieś, dorastanie, miłość, starzenie się; literackie drzewa genealogiczne; retrospekcje z wojną w tle. To jest po prostu twórcze uniwersum Małeckiego, jego nisza. Podejrzewam, że autor jeszcze nas kiedyś zaskoczy, wchodząc na nieznany grunt i tworząc powieść w zupełnie innej stylistyce i gatunku, gdyby jednak tak się nie stało, wcale nie będę miała mu za złe. Dla mnie może do końca życia pisać historie o smaku Dygotu oraz Rdzy, bo robi to pierwszorzędnie.

Continue reading

Władysław Broniewski „Nocny gość” [łyk poezji]

Są takie noce, kiedy coś niepokoi. Złe myśli nie pozwalają zasnąć. Coś niewidzialnego, ale wyraźnie złowieszczego, czai się w kącie. Powietrze jest zimne jak lód. Nie wiesz czy leżeć nieruchomo i cierpliwie czekać na sen, czy wstać z łóżka, chodzić bez celu po mieszkaniu, patrzeć na odcinające się na tle mroku białe ściany, wyglądać przez okno… Boisz się tego, co mógłbyś zobaczyć? Czyje oczy odnajdą twój wzrok w mroku nocy?

Nocny gość. Poetycki hołd oddany innemu poecie? Próba rekonstrukcji ostatnich chwil życia nadwrażliwego artysty? Historia nawiedzenia przez ducha? Wiersz Broniewskiego może być tym wszystkim. Z osobna albo jednocześnie. Mój zmysł do tropienia w literaturze podwojeń, podsuwa mi jeszcze inną możliwą interpretację. Przemawia do nas człowiek, który niedługo umrze. Który albo sam zaplanował, albo wyczuwa szóstym zmysłem zbliżający się nieuchronnie kres życia. Nawiedza go jego własne widmo, doppelgänger, zwiastun śmierci. Mężczyzna nie jest gotowy na to spotkanie, usiłuje odsunąć obraz własnego końca. Jest bezradny wobec przeznaczenia, którego już nie sposób zmienić. Nocny gość, wielowarstwowa liryczna opowieść. Mroczna literacka wizja, zaszczepiająca w wyobraźni sugestywne obrazy w kolorze bieli i krwistej czerwieni. 

Continue reading

Kobieta, która śniła, że jest kwiatem. Anna Bolavá „W ciemność” [recenzja]

Istnieją książki, które mimo że smutne i rozdzierające, są w jakiś sposób piękne. Opowieści o inności, stracie, bólu, takie które wyciskają łzy. Są książki, które wywołują w nas emocjonalny huragan, wywracają wewnętrzny świat do góry nogami. Otrząsamy się, wracamy do codzienności, naszej prywatnej rutyny, ale coś się w nas zmienia. Nie zapominamy, te opowieści zostawiają w nas ślad. Odtąd inaczej spoglądamy na otaczających nas ludzi, a także częściej zaglądamy w głąb siebie.

W ciemność. Studium obsesji. Nietypowy pamiętnik z kilku ostatnich miesięcy życia. Opowieść o samotności z wyboru. Historia umierającej kobiety, w której ani razu nie pada wprost słowo umieranie lub śmierć. 

Continue reading

Niefortunna wyliczanka. Wioletta Grzegorzewska – „Stancje” [recenzja]

Czytając pół roku temu Guguły Wioletty Grzegorzewskiej, odbyłam sentymentalną podróż do świata mojego dzieciństwa. Dokładnie pamiętam, jak leżałam w maju na trawie z tomikiem wydawnictwa Czarne w dłoni. Co chwilę przerywałam lekturę, by zatopić się we wspomnieniach, skonfrontować to, o czym czytam, z własnymi doświadczeniami, z nostalgią przenieść się myślami do okresu dzieciństwa i wczesnego dojrzewania. Życie na wsi, blisko natury. Życie, któremu czasem bliżej było do dzikości, niż cywilizacji. Choć dwanaście lat ode mnie starsza, Grzegorzewska odmalowała przede mną świat, który znałam, przywróciła mi obraz, który już lekko zacierał się w pamięci. Stworzyła też niezapomniany literacki autoportret. Może nieco przerysowany i nie całkiem wolny od zabiegów autokreacyjnych, ale mimo wszystko szczery, a na pewno charakterystyczny. Ze Stancjami jest niestety tak, że ani nie umiem się utożsamiać z ich bohaterką/narratorką, ani też nie znalazłam w nowej powieści Grzegorzewskiej dziewczyny z Guguł. O kilka, kilkanaście lat starszej, ale wciąż tej samej. Przesiąkniętej wiejską tradycją, ukształtowanej przez atmosferę życia w wielopokoleniowej rodzinie, blisko ludzi, zwierząt, przyrody… Chociaż Stancje narracyjnie są kontynuacją tej wcześniejszej opowieści, próżno jej tu szukać. 

Continue reading

Weronika Murek – „Uprawa roślin południowych metodą Miczurina” [recenzja]

Gdybym miała scharakteryzować debiutancką książkę Weroniki Murek jednym słowem, byłoby to słowo zaskoczenie. Bo oto mam przed sobą zbiór opowiadań, który nie jest tym czym się wydaje… Ten barokowy tytuł książki i równie wymyślnie zatytułowane kolejne opowiadania (przyznajcie się, kto – podobnie jak ja – przed ostatecznym zatopieniem się w lekturę, ogląda książkę ze wszystkich stron, zagląda do spisu treści i dyskretnie zerka na ostatnią stronę, żeby się upewnić, że tam jest), tych kilka słów, które widzimy na długo przed tym, nim zaczniemy naprawdę czytać… Te słowa są jak znaczone karty. Zapamiętujemy je. Zamieniają się w naszych umysłach w obrazy, i skojarzenia. Są jak obietnica. Weronika Murek swoimi obietnicami wyprowadza czytelnika w pole, bo żaden z tekstów nie jest tym, czego się spodziewamy. Błądzimy. Długo nie widać na horyzoncie znajomych miejsc i ludzi, wszystko jest dziwne, odrealnione, nieswoje, ale ostatecznie ta podróż wiele nas uczy. Nie tylko tego, by nie oceniać po pozorach.

Continue reading

Diane Setterfield „Trzynasta opowieść” [moje odczytanie: bajka o dobrej i złej bliźniaczce]

Trzynasta brakująca opowieść… Czym jest? Czy w ogóle kiedykolwiek była? Może to pusta kartka, na której każdy z nas musi zapisać własną historię, stworzyć mit o swoich narodzinach, dorastaniu, życiu i śmierci.

Trzynasta opowieść Diane Setterfield, historia w ciągłym ruchu, ulegająca transformacji. Postacie okazują się kimś innym niż przypuszczaliśmy. Często wprowadzano nas w błąd, opisując coś inaczej, niż odbyło się w rzeczywistości. Niedopowiedzenia, kłamstewka, sprostowania. Niespodzianki, nagłe zamiany ról. Jak odkryć po latach prawdę o tych, których już nie ma? Jak nakreślić drzewo genealogiczne oraz mapę ludzkich relacji, skoro tożsamość niektórych – jakże tajemniczych – postaci na zawsze pozostanie zagadką?

Continue reading

Biografia totalna. Gerald Clarke „Truman Capote” [recenzja]

Książka Geralda Clarke’a to owoc dwunastu lat pracy. Liczący prawie osiemset stron tom został wydany w USA cztery lata po śmierci Capotego. Ta monumentalna biografia to nie tylko życiorys utalentowanego i nietuzinkowego artysty, ale też plastycznie odmalowany obraz miasta blichtru. Portret nowojorskiej – i szerzej amerykańskiej – elity drugiej połowy XX wieku.

Continue reading

Majgull Axelsson – „Ta, którą nigdy nie byłam” [moje odczytanie: epilog powieści]

Dziś tekst z gatunku dziwnych. Nie planowałam recenzować powieści Ta, którą nigdy nie byłam, chciałam ją przeczytać tylko dla siebie, bo przeczuwałam, że odnajdę w niej własne lustrzane odbicie oraz to o czym sama piszę. Nie myliłam się. Czterysta czterdzieści pięć stron, odkładam tom na półkę i zaczynam zastanawiać się, co się właściwie wydarzyło i jaki jest finał tej historii. Czy w ogóle można tu mówić o zakończeniu? Może jest ich wiele… Po kilku godzinach widzę bohaterkę powieści Majgull Axelsson. Widzę ją tak, jakbym oglądała film. Stworzony niewprawną ręką, amatorski, nieostry i źle wykadrowany. Chyba drżą mi ręce… Odkładam kamerę i postanawiam dopisać swoje zakończenie tej historii. A właściwie zakończonko. Malutki epilog. Jedną dodatkową sekwencję, strumień uczuć. Tak widzę Mary-Marie teraz, ale mam przeczucie, że jeszcze długo będę o niej myśleć. O jej obliczu/obliczach, symultanicznych życiach i alternatywnych losach. I wiecie, jestem pewna, że jeśli jutro po przebudzeniu moje myśli nadal będzie zaprzątać Ta, którą nigdy nie byłam, dopiszę w wyobraźni zupełnie inne niż dziś zakończenie.

Continue reading

„Jaka piękna iluzja”. Magdalena Tulli, Justyna Dąbrowska [recenzja przedpremierowa]

Dwa tygodnie temu sięgnęłam po prozę Magdaleny Tulli i pierwsze pytanie jakie sobie zadałam, brzmiało, dlaczego dopiero teraz. Powieści Tulli zachwyciły Pełen zlew i Przeczytaj mnie, nie raz słyszałam, że trzeba je znać, ba nawet próbowałam kiedyś czytać jedną z nich. Przypominam sobie mgliście, że na filologii polskiej na naszej liście lektur obowiązkowych znajdowały się Sny i kamienie. To musiało być monstrualne czytelnicze fiasko, bo nie pamiętam z książki nic poza tym, że miałam ją w dłoniach i po kilku stronach stwierdziłam, nie rozumiem, co czytam, nie przebrnę. Tak, jakoś tak to było. I mam odpowiedź na moje pytanie. Do niektórych lektur trzeba dojrzeć.

Continue reading

Marika Krajniewska „Schronisko” [recenzja]

Schronisko Mariki Krajniewskiej. Książka z minimalistyczną, intrygującą okładką. Antropomorficzny pies. Z długimi pajęczymi nogami wydaje się taki… ludzki. Czyżby to właśnie okładka była najmocniejszą stroną tej powieści? Jako całość Schronisko rozczarowuje, ale zaczyna się naprawdę dobrze. Pierwsza połowa – obiecującą historia, niecodzienna narracja, wiele pustych miejsc, które uruchamiają wyobraźnię i każą snuć najbardziej szalone przypuszczenia. Pierwsze sto stron połykam ze smakiem i liczę, że kolejne sto tej niedługiej powieści będzie równie niebanalne, ale coś się załamuje. Spadek formy. Pod każdym możliwym względem. Historia zmierza w złą stronę, staje się nieautentyczna; pojawiają się błędy językowe, sporo błędów; szwy opowieści się rozchodzą, jest kiepsko. Pierwsza i druga połowa Schroniska to jak dwie różne książki. Jedna napisana przez utalentowaną i oryginalną autorkę, druga przez nieudolnego amatora. Jedna po solidnej redakcji, druga nawet bez podstawowej korekty. O co tutaj chodzi?

Continue reading

Imperium grozy potwora imieniem Drood. Dan Simmons – „Drood” [powiało grozą]

Kim jest Drood? Tajemniczy osobnik, (nie)człowiek, który sieje postrach i jest nazywany geniuszem zbrodni. Podobno przybył do Anglii z zamiarem odszukania dwojga swoich egipskich krewnych, młodych bliźniąt, które opanowały sztukę czytania sobie nawzajem w myślach. Przywiózł tysiące funtów w gotówce i majątek w złocie. Drugiej nocy został obrabowany: brytyjscy marynarze napadli go w porcie, okrutnie poranili i wrzucili do Tamizy, myśląc, że jest trupem. Ale on wrócił. Z oszpeconym ciałem i równie ohydnym umysłem powrócił z piekła, by krwawo się zemścić. Podobno odpowiada za ponad trzysta brutalnych morderstw. Pytanie tylko, czy Drood w ogóle istnieje? Może jest tylko mitem, opowiadaną od dekad miejską legendą, imieniem, które nadano widmu śmierci, by oswoić strach…

Continue reading

Tereza Boučková – „Rok Koguta” [recenzja premierowa]

Książka Terezy Boučkovej to samo życie. Najpierw zachłannie się nią/nim zachłystujesz, po chwili masz dość. Tego że historia nie posuwa się do przodu, że każdy dzień wygląda tak samo…

Rozczarowuje cię, że wymyślony scenariusz szczęśliwego życia i idealnej rodziny nie ma nic wspólnego z rzeczywistością, istnieje tylko na papierze. Że nie możesz wyreżyserować własnego życia, bo los płata figle, a bogowie śmieją się z ciebie do rozpuku. Że jesteś jak chomik w tanim plastikowym kołowrotku. Życie to błędne koło. Wciąż popełniasz te same błędy. Chociaż nie powinnaś, robisz ponownie coś, czego obiecywałaś nie zrobić nigdy więcej. Chociaż dawno straciłaś wiarę i nadzieję, nadal zaskakująco często się łudzisz i oszukujesz samą siebie.

Rok Koguta. Literacki zapis roku z życia współczesnej kobiety po przejściach, która tuż przed pięćdziesiątymi urodzinami staje nad przepaścią.

Continue reading

Diane Wakoski „Pięć snów Jennifer Snow i jej testament” [łyk poezji]

Pięć snów Jennifer Snow i jej testament. Ten wiersz jest jak cios. Może zostawić bliznę…

Historia umierania. Seria scen, w których bolesna codzienność przeplata się z metafizyką. Wspomnienia dawnych zdarzeń czy urojenia? Marzenia, powracające na jawie sny, majaki gasnącego umysłu?

Dosłowność śmierci i jej symbolika zamknięte w poemacie, który rozdziera, a jednocześnie koi. Dwie kobiety. Jedna odchodzi, druga zostaje. Jedna jest już po tamtej stronie, z rzadka budzi się na chwilę, druga czuwa, patrzy, widzi. Nie ma siły na rozpacz. 

Continue reading

Giorgio Manganelli – „Centuria. Sto krótkich powieści rzek” [recenzja]

Tomik Centuria. Sto krótkich powieści rzek, już po kilkunastu stronach wzbudził moją nieufność… Lubię – nawet bardzo – ład i symetrię, ale tylko w życiu, nie w literaturze. A tymczasem każda z opowieści Giorgio Manganellego jest niemal dokładnie tej samej długości, co wydaje się mocno podejrzane. Wahania są niewielkie, w granicach trzech, czterech linijek tekstu. Najczęściej to dokładnie czterdzieści trzy wiersze…

Czy każde zjawisko, każde uczucie, każdy lęk, nadzieja czy marzenie zasługuje na dokładnie taki sam objętościowo komentarz? Od – szacunkowo – dwóch tysięcy do dwóch tysięcy czterystu znaków ze spacjami. Czy literatura współczesna powinna być tak pedantycznie przykrojona i zamknięta w ciasnych ramach? Ktoś powie, takie ograniczenie jest znakiem wyjątkowego literackiego kunsztu. Zgoda, ale może też być znakiem sztuczności, fałszu, zimnej kalkulacji, dla której nie widzę w literaturze miejsca.

Continue reading

Mroczne miejsca. Anna Kańtoch – „Wiara” [recenzja premierowa]

Czy istnieją złe miejsca? Miasteczka i wsie naznaczone swoistą klątwą, takie w których zbrodnia nie jest incydentem, ale cyklicznie nawracającym zdarzeniem, którego wszyscy się spodziewają, na które czekają ze strachem, ale i niecierpliwością granicząca z pewnością? Unde malum, skąd zło? Czy to miejsca zatruwają ludzi, czy ludzie miejsca?

Continue reading

„Horla” Guya de Maupassanta. Dwie wersje opowiadania [powiało grozą]

John Gardner powiedział, że istnieją właściwie tylko dwie opowieści: jedna o wyruszaniu w podróż, druga o pojawianiu się kogoś obcego. Trudno się z tym nie zgodzić. Bycie w drodze jest genezą większości literackich i filmowych fabuł. Początek podróży bądź jej kres… Podróży rozumianej bardzo szeroko, nie zawsze dosłownie. Metaforycznej, fantazmatycznej, niejednokrotnie podróży w głąb siebie. 

Nie inaczej jest w przypadku klasycznego opowiadania Guya de Maupassanta, Horla. Znajdziemy w nim podróż w dosłownym rozumieniu tego słowa, odnajdziemy też ucieczkę. Udamy się w podróż symboliczną za sprawą literackiej introspekcji, wędrówki do wnętrza własnego umysłu i duszy. Ale przede wszystkim spotkamy tajemniczego przybysza. Intruza, który pojawił się nieproszony i z pewnością nie ma dobrych intencji.

Continue reading

Federico García Lorca. Życie. Wiersze. Dramat „Krwawe gody” i jego ekranizacja

Zaczęło się od filmu. Który to już raz? Miłość do literatury i kina jest jak dwie nici spirali DNA. Splątane i nierozerwalne.

Zazwyczaj staram się czytać, a dopiero później oglądać ekranizację, ale nie raz zdarzyła się sytuacja odwrotna. Tak bywa chociażby w przypadku klasyki kina, genialnych filmów, które sławą przerosły swoje literackie pierwowzory. Kilka razy zdarzyło mi się też szukać powieści albo poematów pod wpływem zasłyszanego w filmie krótkiego cytatu, czy dłuższego  fragmentu… A jak było z Krwawymi godami

Na film natknęłam się całkowicie przypadkowo, nigdy o nim nie słyszałam. Może ze względu na analogiczny do Gorzkich godów – które uwielbiam – tytuł postanowiłam obejrzeć w ciemno. Najpierw zachwyt i wzruszenie wywołane seansem, później szperanie po bibliotekach w poszukiwaniu wszystkiego, co wyszło spod pióra Federico Garcii Lorci, autora dramatu, który był podstawą scenariusza filmu. Samo nazwisko Lorci było mi znane, ale  jego twórczość pozostawała terra incognita. Jak zwykle był lęk, czy udźwignę jego poezję – okazuje się, że nawet dramaty Lorci są bardzo poetyckie – czy zrozumiem, o czym pisał, co chciał powiedzieć. Szybko dałam się porwać tekstom Lorci. Zarówno dramatom, tak pięknie łączącym mimetyzm z realizmem magicznym, jak i poezji, która umieszcza hiszpańską tradycję i folklor w szerszym kontekście. 

Continue reading

To znów się dzieje. Książkowy i filmowy powrót do miasteczka Twin Peaks

Wers, który utkwił w pamięci i co jakiś czas powraca, jakby ktoś wypowiadał słowa wewnątrz głowy. Macie taki wers? Wydaje się, że znamy jego oryginalne brzmienie, a kiedy po latach słyszymy go w pierwotnym kształcie i szerszym kontekście, okazuje się, że nasz umysł trochę go jednak zmodyfikował.

Czy takim wersem może być filmowa scena? Dlaczego nie. Dla mnie jest nim wycinek Miasteczka Twin Peaks. Scena, od której wszystko się zaczęło. Dla mnie. Maddy Ferguson i demoniczny Bob spleceni w uścisku. Tańczą. Danse macabre. Głowa dziewczyny uderza o ścianę, na której wisi obraz w szklanej ramie. Szyba  pęka. Twarz dziewczyny pęka. Maddy umiera. A mnie przez wiele lat wydaje się, że widziałam jak ginie Laura Palmer.

Mam jakieś osiem, dziewięć lat, kiedy polska telewizja po raz pierwszy emituje serial Davida Lyncha. Zamiast tańca widzę szarpaninę, zamiast ściany z obrazem drewniany kredens z szybkami, jaki wówczas stał niemal w każdym polskim domu. Ale nie w domu Palmerów. Moja pamięć połączyła w jedno dramatyczną scenę z serialu i meblościankę z domu babci albo ciotki. Może właśnie tam zobaczyłam ten krwawy obraz…  Zajęci sobą dorośli i dzieci podglądające zakazany serial…

Ta scena była ze mną przez wiele lat, jak wers który odbija się echem w umyśle. Po raz pierwszy wkroczyłam do miasteczka Twin Peaks jako dziecko. Weszłam tam tylko jedną stopą, zajrzałam jednym okiem. Na dobre zamieszkałam w nim dopiero jedenaście lat temu, jako świeżo upieczona dwudziestolatka. Właśnie wtedy telewizyjna dwójka ponownie wyemitowała Miasteczko Twin Peaks. Zaczęły się wieczory w oparach mocnej kawy i przy dźwiękach hipnotyzującej muzyki. Oniryczna atmosfera, szum daglezji, pohukiwanie sowy… Wyśnione miejsce… Chyba nigdy stamtąd nie wróciłam. Przynajmniej nie w całości.

Continue reading

Niedojrzałe owoce. Wioletta Grzegorzewska „Guguły”

Guguły Wioletty Grzegorzewskiej to żadna nowość, a jednak niedawno o książce zrobiło się głośno za sprawą tegorocznej nominacji do Man Booker International Prize. Od lat mieszkająca w Anglii Grzegorzewska jest tam znana jako Wioletta Greg. Guguły wydano w angielskim przekładzie jako Swallowing Mercury.

Przyznam, że mam co do Guguł mieszane uczucia, jednak z przewagą tych pozytywnych. Ta niedługa, licząca nieco ponad sto stron, opowieść zachwyciła mnie i wywołała nostalgię. Lektura była swoistą podróżą w przeszłość. Własne dzieciństwo i dorastanie mimochodem stawało mi przed oczami. Mogłam identyfikować się z bohaterką i narratorką Guguł, mogłam przeglądać się w jej doświadczeniach jak w lustrze, a jednak były momenty, gdy lektura lekko rozczarowywała. Już po trzydziestu stronach odniosłam wrażenie, że cała ta historia jest jak melodia wygrywana na jednej nucie. Żadnych napięć, zmian tonacji czy tempa, żadnych fałszywych dźwięków… Był też moment, gdy pomyślałam, że Grzegorzewska trywializuje niektóre poważne tematy, takie jak chociażby wykorzystywanie seksualne. Sama nie wiem, może to i dobrze, że w odróżnieniu od innych autorów unika patosu, histerycznych i dramatycznych gestów. Jej bohaterowie nad wszystkim co się dzieje, przechodzą do porządku dziennego, bo takie jest życie. 

Continue reading

Coś w ścianie. „Żółta tapeta” Charlotte Perkins Gilman i „Jak w zwierciadle” Ingmara Bergmana

Przechodzę przez ścianę, rozumiesz? Co świt budzi mnie stanowczy głos, wstaję i idę do tego pokoju. Pewnego dnia ktoś wołał mnie zza tej tapety. Zajrzałam do szafy. Nikogo tam nie było. Ale głos wciąż mnie wzywał, więc przycisnęłam się do ściany, a ona ustąpiła jak liście i znalazłam się w środku. Uważasz, że zmyślam, prawda? Wchodzę do dużego pokoju, jest jasno i cicho. Ludzie przesuwają się do przodu i do tyłu niektórzy do mnie mówią, a ja ich rozumiem… Cytat ten nie pochodzi z Żółtej tapety, chociaż mógłby. To słowa Karin, bohaterki filmu Jak w zwierciadle Ingmara Bergmana. Obejrzałam go jakiś czas temu i od razu pomyślałam o opowiadaniu Charlotte Perkins Gilman, które czytałam przed laty. Zaczęłam się zastanawiać, czy szwedzki reżyser zainspirował się opowieścią amerykańskiej autorki, czy może ta wizja zrodziła się w jego wyobraźni niezależnie. Wierzę, że mogło tak być. Wierzę, że ludzie w różnych momentach i różnych częściach świata mogą mieć podobne myśli, wpadać na analogiczne pomysły. Wierzę też w to, że pewne przedmioty, uwalniają podobne skojarzenia. W uniwersalny sposób oddziałują na naszą wyobraźnię, podświadomość. Archetyp tapety – brzmi śmiesznie, ale jeśli potraktować to zjawisko szerzej… Jak postrzegamy ścianę i to co za nią. Co symbolizuje, co skrywa, jak oddziałuje na wyobraźnię? Czy może być przejściem do innego świata? Nawet jeśli tylko urojonego…

Continue reading

Pisarz, ilustrator, aktor… Artysta totalny – oblicza Rolanda Topora

Roland Topor. Aktor, reżyser filmowy i teatralny, scenarzysta, dramatopisarz, autor licznych powieści, opowiadań i tekstów piosenek. Artysta, satyryk, prowokator. Człowiek, który „straszył uśmiechem”. Najsławniejszy – obok René Magritte’a – mężczyzna w meloniku. Hedonista. Spał do późnego popołudnia, kochał kobiety, wino i śpiew. Raczej nie gustował w ludzkim mięsie, ale nie przeszkadzało mu to stworzyć kanibalistyczną książkę kucharską. Miał w sobie coś z mitomana. Podobno jedyny sport jaki uprawiał, to jazda na sankach. Zmarł dwadzieścia lat temu, ale pozostaje żywy, a jego śmiech wciąż unosi się w powietrzu.

Erudyta, który nie popisywał się wiedzą i inteligencją. Zamiast tego mówił o życiu w sposób prosty i prześmiewczy. Szokujący – nierzadko obrazoburczy i niecenzuralny – ale zawsze szczery. Komentował rzeczywistość za pomocą absurdalnych historii literackich i filmowych, plakatów i rysunków.

Założyciel Grupy Panicznej. Twórca takich kuriozów jak alfabet antropomorficzny oraz  lista stu argumentów na rzecz niezwłocznego samobójstwa. Miał też w planach stworzenie wielkiego atlasu Świata Wyobraźni. Szyderca. Redaktor satyrycznego magazynu „Hara Kiri – czasopismo głupie i złośliwe”. Człowiek, który podszywał się pod kobietę i wydał pod pseudonimem Élisabeth Nerval rzewne opowiadanie o miłości.

Mężczyzna z obsesją śmierci, który codziennie na nowo rodził się i umierał, próbując na różne sposoby oswajać pierwotny lęk. Dlatego jeszcze za życia pisał „wspomnienia pośmiertne”. Dlatego w powieści Księżniczka Angina włożył w usta ojca tytułowej bohaterki słowa: Na zakończenie tych złych wieści mam jedną dobrą. Wreszcie wiem, co to jest owa śmierć, o której tyle się ostatnio mówi. To ciastko, ponoć o bardzo oryginalnym smaku, coś między ptysiem a truskawkowym plackiem. Zamknięty w błędnym kole obsesyjnych myśli o życiu i umieraniu w Balu na ugorze pisał: Równie absurdalnie jest żyć, straciwszy z oczu bezwzględny parametr śmierci, jak pozwolić, by myśl o bliskiej śmierci psuła mi krótkie istnienie. Ten podwójny nonsens umożliwia jedyną, najzupełniej pragmatyczną trasę: w tę i z powrotem. Wykupiłem abonament na linii Życie-Śmierć. Moje myśli wciąż krążą między stacjami docelowymi i uważam, by na nich nie wysiąść. Wciśnięty w kąt przy oknie, patrzę na przesuwający się krajobraz, a gdy zamykam oczy, widzę jak jadę w przeciwnym kierunku: czerwone światełko w tunelu. Rok przed śmiercią powiedział w wywiadzie: Życie jest jak mała gałązka wrzucona do ognia, która w chwili między wypuszczeniem jej z dłoni a dotknięciem płomieni ma przebłysk świadomości. To najstraszliwsza z powieści grozy. 

Continue reading

Older posts